Taniec obłąkaniec
Siedziałem na metalowym krześle na Placu Nowym jedząc zapiekankę z prażoną cebulką, kiedy usłyszałem czyjeś zawodzenie. Głośne i uporczywe, regularnie powtarzane. Ktoś był blisko, ale nie widziałem go. W pewnym momencie wyłonił się zza straganu. Osobnik (lub osobniczka, nie szło tego rozpoznać) z zespołem Downa, dość otyły, już niemłody, ze zmarszczkami wokół oczu i czarnym plastikowym wiadrem w ręce. Szedł (przyjmijmy, że to był mężczyzna) pomiędzy straganami zawodząc swoją pieśń; tak mi się kojarzyły wydawane przez niego dźwięki. Szedł powoli, ale w stałym tempie, nie zwracając uwagi na nikogo. Być może sam próbował zwrócić czyjąś uwagę. Zrobiwszy rundkę wokół straganów wrócił tam skąd przyszedł, czyli poza moje pole widzenia.
Oglądałem kiedyś na You Tube krótki dokument o postrzeganiu rzeczywistości przez osoby autystyczne. Ktoś dał takiej osobie kamerę i ona nagrywała to, co chciała, a potem próbowała o tym opowiedzieć. W kółko powtarzała jakiś dźwięk, niekoniecznie wykonywany przez siebie, czasami stukała czymś o klamkę albo wannę. Potem wyjaśniała, że odpowiadała w ten sposób tym przedmiotom. (Jeżeli dobrze pamiętam.) Na jej poziomie postrzegania rzeczywistości przedmioty w jej otoczeniu nadawały do niej różne komunikaty. Patrząc na śpiewaka z zespołem Downa przypomniałem sobie tamtą kobietę. Jestem prawie pewien, że dla sporej grupy ludzi, która była tam była, ten człowiek prezentował sobą nieskoordynowanego krzykacza, który chodzi tam i nazad z wiadrem, co najwyżej irytując ludzi, których mija. Mogę się mylić. Dla mnie było w tym jakieś piękno. Niezrozumiała dla innych próba kontaktu z otoczeniem, nie różniąca się tak naprawdę wiele od krzyczenia na szafkę, w którą się uderzyło, albo wściekania na spóźniony autobus, albo ukradkowego patrzenia na dziewczynę w bibliotece, albo kłótni dwójki ludzi, albo płaczu bezsilności. Wszyscy jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
Było jednocześnie coś smutnego w tym widoku. Podejrzewam, że jego świadomość otoczenia jak i jego samego jest węższa. Nie ma pojęcia o tym, jak jest postrzegany. Być może w jego stanie jest to błogosławieństwo, nie wiem. Wiem, że skłoniło mnie to do refleksji na temat starości. Ludzie na starość dziwaczeją lub dziecinnieją. Mózg im siada. Czy to się zauważa? Malejącą sprawność nie tylko fizyczną, lecz również psychiczną? Boję się trochę tej niedołężności, która mnie kiedyś dopadnie. Może nie boję, lecz odczuwam podskórnie bliżej nieokreślony niepokój. Nic wielkiego, zaraz o tym zapomnę, choć przez chwilę sprawia, że człowiek czuje się nieswojo.
I jeszcze taka szybka myśl: a może każdy z nas jest na swój sposób upośledzony, tylko że sam tego nie dostrzega. I może grupa "normalnych" i "zdrowych" to tylko najpopularniejsze upośledzenie? Brzmi paranoicznie, ale jak powiedział William S. Borroughts, paranoja to znajomość wszystkich faktów.