Krazov

Nie wiem czy obserwowaliście kiedykolwiek gołębie. To bywa ciekawy spektakl


Poldek

Na odcinku pomiędzy bramą wewnętrzną do podwórza a drzwiami mojej pracy mijam kilka gołębi zasiadających na parapetach wysoko ponad moją głową. Nie jest to nic niezwykłego w Krakowie. Mamy tutaj mnóstwo gołębi. Podczas początkowego pobytu w Szkocji najbardziej byłem zdziwiony brakiem gołębi. W Stirling nie uświadczyłem ich wielu. Było za to mnóstwo wron i trochę mew. Jakże byłem ucieszony widząc raz grzywacza na wiejskiej dróżce! Dopiero w Edynburgu spotkałem się z liczącą obecnością gołębiej braci. Stąd wiem, iż obecność tych synantropijnych ptaków nie jest wcale oczywistą rzeczą. Na moim podwórku już tak. Na szczęście.

Kiedy mijam te na ogół trzy gołębie zajmujące parapety jakichś bogu ducha winnych mieszkańców starej kamienicy, słyszę gruchanie jednego z tych ptasich okupantów. Nazwijmy go Poldek. To dobre imię dla zwierzęcia, którego imienia nie znamy. Gruchanie Poldka jest pełne zapraszającej do godowego bara-bara jurności. Nie wiem czy obserwowaliście kiedykolwiek gołębie. To bywa ciekawy spektakl. Jak obserwowanie jakiegokolwiek zwierzęcia zresztą. W okresie godowym gołębie czarują gołębice niezgorzej od dresa błyszczącego żelem na głowie i ortalionem na torsie w kierunku jakiejś blachary podczas dyskotekowych wygibasów. U gołębi wygląda to jednakże trochę inaczej. W końcu ci ptasi wagabundzi nie noszą dresów. Ba! Nie noszą żadnych ubrań. Co więc mógłby zrobić Poldek po zejściu z parapetu? Przede wszystkim nadąłby się. (Wiadomo: w okresie godowym nie tylko w przypadku tego gatunku puchnie ptaszek. A że tutaj cały, to już inna sprawa.) Tak nadęty kroczyłby dumnie za swoją gołębicą niczym polityk prawicowy na pochodzie w obronie tradycyjnych wartości rodzinnych, gruchając przy tym jak puzon podczas koncertu jazzowego w zadymionej nowoorleańskiej knajpie. Gołębice to prawdziwe kokietki, musicie wiedzieć, moi Najlepsi Pod Słońcem Czytelnicy. Udają zupełnie niezainteresowane tymi podchodami. Spacerują sobie jakby nigdy nic. Patrzą dokładnie tam, gdzie Poldka nie ma. Ale to tylko część gry. Poldek o tym wie i tę grę podejmuje. Rozkłada ogon niczym chińska kurtyzana swój wachlarz, znad którego trzepocze rzęsami, a następnie zamiata piórami podwórze, niczym pan dozorca miotłą co rano. Krąży wokół potencjalnej pani Poldkowej, która wpadła mu w oko już jakiś czas temu. Grucha. Nadyma się. Zamiata ogonem. A ona nic. Ten taniec, porównywalny z władczym tangiem lub agresywnym paso doble, może trwać godzinami. Miałem kiedyś pół godziny czasu na przystanku, toteż zajadając się pikantnym obwarzankiem obserwowałem ptasie umizgi innego Poldka. Końca nie widać.

Nad ranem, kiedy już nie śpię, ale zdecydowanie nie można powiedzieć, bym był obudzony, czasami myślę o słowiańskich wojach z X wieku naszej ery, dzielnych kamratach Mieszka I. Jak i o nim samym zresztą. W końcu też był wojem. Jak jego kamraci. Myślę sobie wtedy: oni musieli mieć w sobie tyle jurności. Dzisiejsi wypacykowani metroseksualiści może byliby godni ściągać im buty podczas przygotowań do zdrowego chędożenia. Słowiańscy wojowie nie bawili się w jakieś tam podchody. Wychodził z nich w takich sytuacjach pierwotny atawizm. Brali swoje kobiety, jak i kiedy chcieli. Najczęściej nie ściągając w ogóle butów. (Stąd też pomoc metroseksualistów byłaby jednak rozpatrywana raczej przychylnie.) Domyślam się, że wcinali sporo naszego polskiego szczawiu. Właśnie liście tej niepozornej rośliny dawały słowiańskim wojom tę legendarną jurność, która przypomina mi się podczas obserwowania zdecydowanych działań — żeby nie powiedzieć: posunięć — Poldka. Potem na ogół wstaję i idę żyć. Czasami przykładam się jeszcze na chwilę. Najczęściej w soboty tak robię. W tygodniu wygrywa życie i cała reszta z tej długiej przemowy znanej ludziom z plakatu "Trainspotting".

[Plakat z filmu Trainspotting w reżyserii Danny'ego Boyle'a]
Rys. 1. Hasło, które mnie motywuje w tygodniu do wstania z łóżka.

Jako baczny obserwator otaczającego mnie życia nie przechodzę obojętnie obok gruchania Poldka wyrażającego tęsknotę do ruchania. Tak. Można w tym dostrzec właśnie taką pierwotną poetykę. Kopulacja i prokreacja. Ludzie z nadmiernie religijnym wychowaniem burzą się o taki stan rzeczy. Podobnież kreacjoniści, którzy uczynili z poglądu pseudonaukowego element doktryny religijnej. Lub na odwrót, muszę to jeszcze przemyśleć. Podobno bóg karze ludzi odbierając im rozum. Jeżeli ten brodaty starzec oczywiście istnieje. Kreacjonistom jednak ktoś rozum odebrał, to pewne. Wracając jednak do kopulacji i prokreacji. Burzenie się o to nie ma większego sensu. Jesteśmy zwierzętami i czasami zachowujemy się jak zwierzęta. Jako dowód wystarczy spojrzeć na poniższy obrazek będący zestawieniem min przypadkowego człowieka i małpy znanej jako Jerzy. Pikanterii temu zestawieniu dodaje fakt, iż ów anonimowy człowiek jest kreacjonistą i wierzy w związku z tym, że nie ma z Jerzym wspólnego przodka.

[Obrazek przedstawiający porównanie gąb człowieka i małpy]
Rys. 2. Dowód na istnienie wspólnego przodka człowieka i małpy.

A jednak nie myślę o ułomnych na umyśle kreacjonistach zatrzymując się pod Poldkiem i zwracając swoje pogodne oblicze w jego stronę. Właściwie o niczym wtedy nie myślę. Obserwuję. Jestem jedną wielką obserwacją. Zwężam oczy wyostrzając tym samym spojrzenie. Poldek dostrzega to działanie i zaczyna odczuwać niepokój. Być może przypominam mu słowiańskiego woja znanego z opowieści jego dziadów pradziadów. Dostrzegając jakiś przejaw wyżej wzmiankowanego atawizmu powoli milknie. Nie urywa nagle, zdradzając spostrzeżenie mnie. O nie. Powoli cichnie jakby chciał powiedzieć: "No co? Ja sobie tak tylko tutaj prawda pogruchiwałem nie ma potrzeby robić o to od razu takiej afery przejawiać atawizmów pierwotnych instynktów do głosu dopuszczać zwężać oczy niczym król dinozaurów na hollywodzkim przeboju". (Taka pisownia jest nieprzypadkowa. Badania amerykańskich naukowców wykazały, że gołębie nie znają przecinków. Bardzo się cieszę, że mamy amerykańskich naukowców. Kto inny prowadziłby tak mało znaczące, wydawać by się mogło czasem, badania?) Zachowanie Poldka przypomina mi pewien artykuł przeczytany w czasopiśmie popularnonaukowym. Artykuł ów był o ptakach i dowodził niezbicie, że ptaki mają świadomość zarówno siebie, jak i innych zwierząt. Nie pamiętam niestety nazwy tego milusińskiego, który był bohaterem głównym tamtego artykułu. Ów nieznany Wam, Szanowni Czytelnicy, ptak chował sobie jedzenie na później, ale nie czynił tego bezsensownie. Widząc, że jest obserwowany, udawał, że chowa, albo chował, a potem szybko przenosił w inne miejsce. Chciał zdezorientować obserwatora. Oznacza to, że ptak zdaje sobie sprawę z tego, czym jest inny ptak. Że może myśleć tak samo. I że można go oszukać. Poldek cichł dopiero kiedy na niego patrzyłem. Fakt powolnego "wygasania" gruchania może świadczyć o "ważeniu" niebezpieczeństwa. Być może uciszano go wcześniej i jest to lekcja wyniesiona przez niego z życia? (Ludzie są dziwni. Wiem o tym, Poldi.) Raz szedłem do sklepu po bułki — mają takie fajne z kminkiem — i nie podniosłem głowy. Celowo. A jednak Poldek stopniowo ucichł. Mam pewne podejrzenia. Rozpoznaje mnie po czapce. No cóż. Nie mogę mu odmówić sprytu. Następnym razem jak będę przechodził przez podwórze, to pozdrowię go od Was, Drodzy Czytelnicy. Jestem przekonany, że bardzo tego chcecie, jednakże normy narzucone przez społeczeństwo, w jakim wszyscy dorastaliśmy, nie pozwalają Wam tego wyartykułować. Nie przejmujcie się. Czytam z Was jak z otwartej książki kucharskiej.

PS A co do tych bułek, to sprawa z nimi jest najmniej dyskusyjna. Nazywają się bośniaczki. Wchodzę więc do sklepu i mówię: — Poproszę trzy bośniaczki. — Można poczuć się jak bałkański alfons przez chwilę. Byłoby zabawnie gdybym zapuścił wąsa, ale takiego sarmackiego i podkręcał go podczas wypowiadania tego zdania.