Krazov

Krasnoludki stworzyły świat, a potem reguły, których należy przestrzegać, oraz pomagają nam na codzień


Osobliwość mentalna

Czytając kiedyś o paradoksie Fermiego, natknąłem się na termin technologicznej osobliwości. Paradoks Fermiego sprowadza się do pytania: skoro obcy istnieją, to dlaczego się z nami nie skontaktowali? Odpowiedź pod linkiem, natomiast my skoncentrujemy się na początek tylko na technologicznej osobliwości. Jak możemy przeczytać:

[Oni istnieją ale komunikacja z nimi jest niemożliwa, ponieważ wszyscy osiągają poziom technologicznej osobliwości].

Istnieje możliwość, że wszystkie zaawansowane cywilizacje osiągają poziom technologicznej osobliwości, i stają się postludzkimi (lub postobcymi) cywilizacjami. Teoretycznie może to oznaczać, że żadna dalsza komunikacja z nimi nie jest już możliwa. Inteligencje tego poziomu mogą na przykład przetwarzać większe ilości informacji niż da się przesłać na odległości międzygwiezdne. Możliwe też, że wszelka wiedza ludzkości jest dla nich elementarna. Z tego powodu nie komunikują się oni z nami, tak samo jak ludzie nie komunikują się z mrówkami.

W fantastyce spotyka się nawet bardziej ekstremalne formy postosobliwościowych cywilizacji: istoty, które porzuciły materialne ciała, zamknęły się w gigantycznych wirtualnych środowiskach (jak np. mózg matrioszka) lub w jakiś inny sposób przestały oddziaływać na nasz fizyczny świat.

Mówiąc całkiem po ludzku: nie komunikują się ze sobą, ponieważ niemożliwe jest wzajemne porozumienie; nie mówią tym samym językiem. Przykład mrówek i ludzi jest niezły, ale ja zaobserwowałem coś podobnego znacznie bliżej, bo pomiędzy ludźmi. Moje rozważania niewiele mają wspólnego z kontaktem z obcymi, więc ochrzciłem zjawisko mianem osobliwości mentalnej, jako że żadna technologia bezpośrednio nie wpływa na trudności komunikacyjne między ludźmi.

Osobliwość mentalna

Osobliwość zilustruję przykładem, jakim będzie rozmowa wierzącego z niewierzącym. Podczas dyskusji internetowych miałem okazję obserwować taką sytuację nie raz, co pozwoliło mi dostrzec reguły, jakmi takie wymiany zdań się rządzą.

Na potrzeby tego tekstu przedstawię abstrakcyjny przykład, żeby nie rozpraszać PT Czytelnika kwestiami światopoglądowymi. Odwołując się do najlepszych tradycji metajęzyka, przykładem wiary będzie krasnoludkizm. Głosi on, że krasnoludki stworzyły świat, a potem reguły, których należy przestrzegać, oraz że pomagają nam na codzień (dostarczają prąd do gniazdka itp.). Dla kogoś, kto wierzy — perfekcyjnie sensowne. Dla reszty — totalny bezsens.

("Wiara" niekoniecznie musi mieć podłoże religijne. Może to być wiara w jakąś doktrynę, zestaw zasad czy nawet markę).

Dowcip polega na tym, że ich stanowiska są nieprzystające do siebie, a zatem nie tworzą fundamentu pod dyskusję. Mogliby się w tym momencie rozejść w swoje strony; po prawdzie, powinni. Postanawiają jednak zostać. Muszą zatem znaleźć wspólny grunt. Mogą tego dokonać tylko idąc na ustępstwa (teoretycznie). Są trzy warianty: ustąpi jeden, ustąpi drugi albo zrobią to obydwaj (po części).

Z czego musi zrezygnować wierzący?

Gdyby wierzący miał przystać na punkt widzenia akrasnoludkisty, musiałby uznać, że to, w co wierzy — a wierzy — jest pozbawionym logiki i sensu wymysłem ludzi żyjących długo przed nim. Mógłby przystać od biedy na stanowisko, że jego wiara jest personifikacją różnych zjawisk, które da się wyjaśnić naukowo, co dla niewierzącego wydaje się być może dobrym kompromisem, ale jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia wierzącego — oznaczałoby to wyrzeczenie się podstaw swojego światopoglądu. Nikt na to nie przystanie. (Dlatego wierzący nie idą na kompromisy).

Z czego musi zrezygnować niewierzący?

Gdyby to niewierzący miał złożyć się na ołtarzu dyskusji, musiałby uznać, że popełnia największy błąd życiowy, ponieważ odrzuca prawdziwe wyjaśnienie. A jednak — kierując się rozumem zrobił to już kiedyś, za późno na zmianę zdania; zwłaszcza, że nie ma rozumowych podstaw do zmiany zdania. Poza tym musiałby na czas dyskusji uznać oraz przyznać, że jest po prostu głupi (w przeciwnym wypadku by wierzył). Podobnie jak wyżej: nikt na to nie pójdzie.

W pół drogi?

Powyższe warianty są jednak czysto teoretyczne. Wydawać by się mogło, że w praktyce obydwaj dyskutanci powinni ustąpić po trosze, ale sądzę, że zachodzi dokładnie odwrotna sytuacja — obydwaj obstają przy swoim. I, co ciekawe, choć jest po jakiejkolwiek dyskusji, to interlokutorzy potrafią się godzinami przerzucać kolejnymi argumentami, z czego koniec końców nic nie wynika. Sytuacji sprzyja emocjonalne zaangażowanie w dyskusję obydwu stron.

Inna sprawa — jaki sens miałaby dyskusja z kimś, kto porzucił na czas dyskusji część tego, co myśli? Przecież właśnie chodzi o nawiązanie komunikacji z kimś innym, poznanie go. A to jest zaprzepaszczane w momencie dostosowania się. Chyba że celem jest wypracowanie wspólnego wniosku. Tylko znowu: po co? Po skończonej rozmowie i tak każdy wróci do swojego punktu widzenia. Może, kiedy ma się po 15 lat, jest inaczej, ale dorośli ludzie rzadko kiedy rewidują swoje poglądy. Są już wykształcone przez unikalne doświadczenia życiowe i dostosowane do warunków, w jakich żyje dany człowiek. I to jest właśnie tytułowa osobliwość. Każdy jest inny. Różnice między niektórymi ludźmi są nie do obejścia. Nie wszystkimi, ale częściej, niż by się mogło wydawać.

(Wiąże się to z moją teorią rzeczywistości).

Teoretycznie w tematach technicznych nie powinno dochodzić do takich kwestii, ale życie ma takie zasady gdzieś, a ludzie z kolei mają tendencję do lubienia swoich teorii, więc historia skręca w tę stronę w którymś momencie.

Podsumowanie

Z powyższych powodów prawie wszystkie dyskusje w Internecie są warte funta kłaków. Te w realu podobnie, chociaż mają inny przebieg i rzadko osiągają tak radykalny stopień. O ile nie są prowadzone tylko i wyłącznie dla zabawy. Jak pisał Artur Schopenhauer w swojej "Erystyce, czyli sztuce prowadzenia sporów", podstawą jest znalezienie odpowiedniego rozmówcy. Według niektórych, o dyskusjach można mówić w przypadkach typu: jest jakiś tam budżet i trzeba ustalić, na co wydać te pieniądze. Rozmowa o tym, czy prąd w gniazdku to zasługa krasnoludków, to już nie dyskusja. Można się wysłuchać nawzajem i rozejść.