Multikinomaniacy do urn!
Kiedy w 1999 lub 2000 roku postawili w Krakowie Multikino zacząłem od razu do niego chodzić. Nie było jeszcze w moim mieście multipleksów (chyba, że policzyć Ars jako taki, ale jak dla mnie to jednak było kino w starym stylu, tyle że z kilkoma salami), a ten miał całkiem niezły poziom — wygodne siedzenia, dobra wentylacja czy hol wyglądający jak lotnisko. Oczywiście lotniska znałem wtedy z filmów amerykańskich, lecz nie przeszkodziło mi to w takiej ocenie sytuacji. Ponadto kino to było najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Te czynniki oraz kilka pomniejszych sprawiły, że Multikino w dość niedługim czasie zostało moim ulubionym kinem.
W listopadzie 2002 roku udałem się wraz z moim serdecznym przyjacielem Antraksem (no, Państwo od nr-63 — ręka do góry, kto pamięta?) na film pt. "Czerwony Smok" w reżyserii Bretta Ratnera. Mnie osobiście film ów nie przypadł do gustu bardziej od wersji Michaela Manna z 1986 roku, ale też — prawda — właściwie nie o tym jest notka. Wtedy to po raz pierwszy miła dziewczyna na kasie spytała, czy nie chciałbym karty stałego klienta. No dobrze, rzekłem do niej, ale proszę powiedzieć mi coś więcej. Dziewczyna roztoczyła przede mną wizje wspaniałych możliwości — takich jak: darmowy popcorn, herbata lub darmowa wejściówka na dowolny film — jakie się przede mną otwierały. Podumawszy chwilę przy kasie, zgodziłem się. Był środek tygodnia (obstawiam środę lub czwartek) i nie stała za mną długa kolejka ludzi, ale pomimo braku czyjegoś oddechu na karku nie zwlekałem z decyzją. Dawaj do pieca, odparłem dziewczynie na kasie i oto wyrobiono mi moją pierwszą Kartę Multikinomaniaka. Była na niej informacja, że jest ważna do któregoś spośród dwunastu miesięcy roku następującego, to jest 2003. Tak oto jąłem punkty zbierać, cierpliwie gromadząc je niczym maniak "World of Warcraft" swoje punkty doświadczenia. Przelicznik był bardziej niż banalny: oto za jeden film dostawało się 10 punktów, a za 100 punktów dodatkowy bilet. Inne nagrody mnie nie interesowały; w sensie: na co komu mający 48 godzin popcorn? Heloł? To sobie można kanapkę w plecaku wnieść. No, "można", trzeba kombinować, ale plecaków nie rewidują. Może jak dojdzie do strzelaniny, to ulegnie to zmianie, ale na razie w całym Krakowie tylko raz przeprowadzano ewakuację Cinema City (a właściwie Galerii Kazimierz); jakiś małolat z widokiem z okna na galerię zadzwonił ze swojej komórki z informacją o bombie, gdyż chciał zobaczyć na żywo akcję. Jego rodzice dodatkowo zobaczyli rachunek za to przedstawienie.
Po upływie terminu wypisanego na karcie okazało się, że jest nadal ważna. Tak też karta owa zaczęła mi towarzyszyć w moim wyprawach do kina. Dla kontekstu: w 2004 byłem 32 razy w kinie (w lutym spędziłem cały dzień w kinie), choć nie zawsze w Multikinie, ale jeżeli dobrze pamiętam, to z dwa bilety w tamtym roku miałem. Jeżeli dobrze się zastanowić, to owa karta, lekko sfatgowana już przez ponad sześć lat przeciągania jej przez różne terminale, jest najdłużej towarzyszącą mi kartą. W tym czasie trzy razy zmieniałem dowód osobisty, dopiero trzy lata po karcie multikinomaniaka dorobiłem się karty debetowej. To dość niebanalny kapitał, choć raczej o wartości czysto sentymentalnej.
W zeszłym roku Multikino postanowiło jednak ten dorobek przekreślić. Zaczęło się dość niewinnie właściwie, ponieważ od zastrzeżeń dystrybutorskich. Kino w jakiś sposób dogadało się z dystrybutorami i teraz dając kartę w kasie można usłyszeć: "Przykro mi bardzo, ale dystrybutor zastrzegł sobie ten film, nie można na niego wejść". W domyśle: trzeba kupić bilet. Spoko, pomyślałem pierwszym razem, myśląc, że dotyczy to dnia premiery, lecz życie dość szybko mnie naprostowało. Okazało się, że trwa to dłużej. W efekcie w 2008 roku odmówiono mi wejścia z kartą na 4 lub 5 nawet filmów. Oczywiście doładowywali mi punkty. Spoko, pomyślałem po raz kolejny, wykorzystam w przyszłości. Przecież na czystą statystykę w końcu trafię na coś dla siebie. Błąd.
Akcja "Multikina" dążąca do zniszczenia sensu własnego programu lojalnościowego, jak się wkrótce okazało, nabierała tempa oraz determinacji. Kiedy już w roku 2009 pojawiłem się na filmie "Spirit — Duch miasta" (nie zaś "Spiryt"; sądziłem zrazu, iż to dramat o popegieerowskiej zatopionej w tanim alkoholizmie wsi gdzieś na rzeszowszczyźnie), dowiedziałem się, że punkty nabijane są mi od nowa. Jak to? spytałem. Była informacja, odparła znudzonym głosem dziewczyna na kasie. Nabiła mi pierwsze 10 punktów i poszedłem na film. Po drodze próbowałem wyłudzić od kierownika zmiany taki czerwony krawat jaki miała obsługa kina, ale nie mieli zbędnych. Właściwie to z jego opowieści wyniosłem wrażenie, że zarząd firmy postanowił się zainspirować działaniami polskiej policji i nic nie ma. Nie tylko dodatkowych krawatów, które można by sprezentować klientowi. Film, ku memu zaskoczeniu, zamiast o polskiej wsi, opowiadał o amerykańskim detektywie. I to nie byle jakim, ponieważ nieśmiertelnym. No ale w komiksach tak miewają ci bohaterowie. Była cała galeria ciekawych postaci w ogóle. Jak ktoś lubi, to może sobie obejrzeć. Pozwalam. Skutek obejrzenia tej produkcji w reżyserii Franka Millera w moim przypadku był taki, że sam zarządziłem małe śledztwo.
W tymże właśnie to celu udałem się na oficjalne forum Multikina, na którym wyszperałem garść nowin. Otóż reset punktów nie był jednorazowy, o nie. To by się właściwie nic nie stało. Regularnie dwa razy w roku czyszczone będą wszystkie punkty. Coraz trudniej będzie uciułać punkty na darmowy film. Zwłaszcza, że średnio połowa jest zastrzeżona. No to co? Popcorn? Ale podobno podnieśli potrzebną ilość punktów. Od znajomej dowiedziałem się, że nie można też naraz odebrać dwóch darmowych biletów. To akurat nie problem, ponieważ nie na raz, to na dwa razy można by je odebrać, ale na tle innych zmian warto odnotować i tę. Podsumujmy. Podniesiono potrzebną liczbę punktów, wprowadzono ograniczenia (praktycznie połowa repertuaru nie podlega programowi lojalnościowemu), bilety podrożały i punkty są zerowane co sześć miesięcy. "Multikino" w dość zaciemniony sposób pozbywa się swojego programu lojalnościowego, czyniąc go bezużytecznym. Być może przychody się zmniejszyły, być może to kryzys albo legendarna "góra" sobie tak na podstawie sufitowych wytycznych umyśliła, co jest niestety normą w wielkich firmach, szczególnie tych z rozproszonymi po Polsce placówkami. Szkoda, że zamiast potraktować poważnie swoich klientów i po prostu zlikwidować tę farsę z jasnym komunikatem, skoro komuś przestała się uśmiechać, wybrali zabawy w stylu "zaporowego czynszu".
Sposób wprowadzenia tej zmiany to osobna kwestia, która woła o pomstę do Nieba. A było tak: Przy kasach przez jakiś czas była informacja o zmianie regulaminu. Wydruk z komputera. Wiele osób tego nie zauważyło. Ja również. Dopiero podczas swojego spirytowego śledztwa przeczytałem na forum Multikina o tym sposobie poinformowania. Nikt przy kasie nie powiedział mi, że 100 punktów, które mam na karcie, powienienem jak najszybciej wykorzystać, gdyż przygotowują reset. Nie, zamiast tego trochę bez jaj umieszczono kartkę o zmianie regulaminu. Zmianie! Na tym polega haczyk — trzeba przeczytać cały regulamin i znaleźć tę konkretną zmianę. Na forum ludzie zwrócili uwagę na jeszcze inną niewykorzystaną tutaj możliwość. Zakładając kartę Multikinomaniaka podaje się swój adres email. Multikino potrafi wysyłać cotygodniowo repertuar lub reklamowy szmelc, ale o poinformowaniu o tak istotnej zmianie nikt nie pomyślał. Przykre.
Co dalej? Dobrym pomysłem byłby dolny limit osób wymaganych do obejrzenia filmu. Np. jest mniej niż 5 osób, filmu nie ma i oddaje się bilety. Tak mnie potraktowano z ojcem w nieistniejącym już kinie Świt. Na pewno jest to polityka motywująca do odwiedzania kina większą grupą. A tak już poważnie, to na rzeczonym forum jeden z użytkowników miał dobry pomysł: wsadzić kartę Multikinomaniaka do koperty i tradycyjną pocztą odesłać na Wiertniczą do Warszawy, gdzie ma miejsce siedziba główna firmy. Brzmi nieźle, ale w moim przypadku sentymenty wygrają. Za dużo przeszedłem z tym kawałkiem plastiku, by go teraz odsyłać jakiemuś $^%*#, który i tak nie zrozumie o co mi chodzi.
Przeżywam? Jasne. Jak ktoś jest związany przez ponad 9 lat z jakąś firmą, to potem boli takie podejście do klienta. W końcu to dzięki niemu — mnie! nam! klientom — firma istnieje. Na szczęście w Krakowie jest multum kin. Coś sobie znajdę.
Au revoir.