Kino
Kilka lat temu pracowałem przez 2 miesiące w kinie. Ostatnio Ftyczka zachęcał mnie do narysowania serii komiksów (w manierze "Bezdusznego replikanta", jak mniemam) na kanwie moich doświadczeń z tego miejsca. Niestety nie bawi mnie już rysowanie komiksów. Acz temat jest dobry. Tak właśnie narodził się pomysł napisania całkowicie fikcyjnego opowiadania na podstawie moich doświadczeń z tej świątyni sztuki filmowej przepełnionej aromatem kukurydzy prażonej na gęstym oleju. Może opowiadanie pozwoli niektórym posmakować życia pełnego przygód w branży rozrywkowej.
Zbieżność z prawdziwymi osobami jest zupełnie przypadkowa. Podobnie przedstawione miejsca i procedury. Autor wymyślił wszystko w leniwe niedzielne popołudnie posiłkując się jedynie faktami od czasu do czasu.
Przygoda się zaczyna
W tamtych czasach wielokrotnie bywałem w kinie. Opowiadałem wielokrotnie ludziom (jak i parapetom), że gdybym mógł, to bywałbym w tej świątyni maniaka filmowego codziennie. Podczas jednej z takich wizyt ujrzałem w obsłudze kina znajomą. Zagaiłem z pytaniem, jak się tam dostała itd. podejrzewając jakąś nielichą historię, ale jej odpowiedź była dość banalna: — Wysłałam CV i przyjęli mnie — odpowiedziała. Poprosiłem, żeby dała mi znać, jakby miał być nabór, bo rozglądałem się wtedy za miejscem, w którym mógłbym sobie dorobić do zbliżającego się wyjazdu do Szkocji. Tydzień później dostałem wiadomość. "JEST NABÓR" — informował mnie SMS. Idąc w ślady znajomej wysłałem CV. Była to sprawdzona metoda.
Zaproszono mnie na rozmowę do kina. Zapędzili nas do jednej z sal i tam przyszła Menedżerka, która opowiedziała, co i jak, podczas gdy my wypełnialiśmy ankiety osobowe. Potem brali po 2 osoby (były 2 rekruterki), które zadawały pytania. Mnie się dostała Zła Kierowniczka. Pamiętam tylko zadanie pt. opowiedz, o czym był ostatni film, który widziałeś. Właściwie taki niewarty wspominania standard, ta cała rozmowa. Do tej pory przynajmniej. Kiedy nas już przetrzepały aż miło, Menedżerka oznajmiła, że po ogłoszenie decyzji musimy przyjechać osobiście do kina. W kasach miały czekać na nas imienne koperty z informacją. Już na wstępie miałem okazję poczuć się jak w filmie szpiegowskim.
Kilka godzin później stawiłem się przy kasie, podałem swoje nazwisko i z lakonicznej wiadomości (spisanej na pergaminie i przekazanej mi w szczelnie zalakowanej kopercie z pieczęcią kina...) dowiedziałem się, że mam to.
Tutorial
Zanim ma noga postanęła w nowej pracy musiałem wyrobić sobie książeczkę sanepidowską. Dostaliśmy niezbędne skierowania, a Menedżerka opowiedziała nam przy okazji o szczegółach pracy typu wynagrodzenie czy że minimalnie mamy przepracować w tygodniu 10 godzin i najlepiej weekend mieć wolny, bo wtedy jest największy ruch, ale tak naprawdę cały tydzień wchodził w grę; 2 dni w tygodniu były wolne (w sensie: do 5 dni maks, co można było pracować). Było sporo studentów, którym ten układ pasował, bo mogli dopasować się do swoich zajęć na studiach. Rzeczywistość okazała się potem mniej różowa, lecz dla wielu osób było to pierwsze zajęcie zarobkowe. Wtedy siedzieliśmy tam z wypiekami na twarzy.
Tamtego dnia — jako że byliśmy wszyscy w kupie — Menedżerka oprowadziła nas po kinie. Pokazała pomieszczenia socjalne, które zajmują tak naprawdę niewiele przestrzeni. Byłem rozczarowany, jak niewiele skrywane jest przed ciekawym okiem klienta. Z jednym wszakże wyjątkiem. Projektornia. Miałem w pamięci widok projektora z różnych filmów z dwoma rolkami u góry, tymczasem tutaj technika poszła do przodu. Nie było już iluś taśm, które operator musiał podmieniać w odpowiednim momencie, tylko jedna długa taśma i gigantyczna rolka. Jakby tego było mało, jedną taśmę można było przekazać między kolejnymi projektorami i puścić 1 film naraz na 6 salach (ze stosownym przesunięciem czasowym). Magia. Czary. To był jedyny raz, kiedy tam byłem.
Szkolenie odbyło się jakoś 1 maja czy coś koło tego. To było jeszcze w czasach, kiedy nie trąbiono o 11 świętach w roku wolnych od pracy. (A może pomieszałem.) Pierwszego dnia poznałem asystenta Duże Dziecko. Zyskał ten przydomek w moich oczach, ponieważ wyglądał jak duże dziecko. Ktoś, kto w okresie dojrzewania się nie zmienił, tylko od małego zwiększał się jego rozmiar. Tak wyrósł na dorodnego asystena zmiany. Duże Dziecko zraził mnie do siebie już pierwszego dnia, kiedy opowiadał o sali, a ja stwierdziłem, że miejsca dla niepełnosprawnych są ulokowane bez sensu, bo na samym dole i trzeba zadzierać głowę do góry, a i tak kiepsko widać, bo blisko ekranu. Duże Dziecko odparł wtedy: — Dzięki takiej lokalizacji miejsc dla niepełnosprawnych można lepiej wczuć się w film. — Właściwie to wyrecytował mi to, jak jakąś regułkę, którą zbywa się klientów albo jaką kojarzę z nadętym rzecznikiem prasowym, który mówi do kamery z poważną miną jakieś straszne głupoty.
Pierwszego dnia dowiedziałem się też, że o kiepskim filmie nie wolno powiedzieć klientowi, że jest kiepski. Trzeba powiedzieć coś niejasnego, np. że wzbudza kontrowersje wśród filmoznawców (to właściwie była moja propozyzja, ale Duże Dziecko pochwalił mnie, dzięki czemu poczułem się jak uczeń, który wykazał się na lekcji). Natomiast o dobrym filmie, który "wszyscy" lubią, można śmiało piać zachwyty. Kolega z innej bajki jednakże opowiadał mi kiedyś, że był świadkiem pewnej sceny, kiedy na afiszu był "Kill Bill, vol. I". Z sali kinowej wybiegł nagle człowiek i zaczął krzyczeć na kasjerkę, że co to ma być, że film miał być dobry, zabawny, a tutaj tylko krew się leje itd. Pani na kasie gęsto się tłumaczyła, że Tarantino to uznany twórca, ale sytuajca pokazuje, że Duże Dziecko narażał nas na potencjalne niebezpieczeństwo.
Najlepsze miało jednak nadejść, oto bowiem nasz szkoleniowiec powiedział, tak całkiem od niechcenia, że coś tam, coś tam, pitu pitu, a potem trzeba uzupełnić liczbę ludzi na sali. Spytałem więc, skąd to mamy wiedzieć. — Trzeba policzyć — odparł, a ja aż powtórzyłem za nim z niedowierzaniem. Masakra, pomyślałem, to nierealne jest. Faktycznie, z początku były problemy, ale na ogół jest niewielka liczba ludzi. Gorzej jak sala jest nabita jak butelka, w końcu udało się nam znaleźć jasną scenę ("Epoka lodowcowa 2" była niezła) i w połowie liczenia: MROK! Trzeba od nowa było zaczynać. Potem człowiek nauczył się paru sztuczek typu liczenie całymi rzędami itd. Ciekawe, że nigdy wcześniej nie widziałem pracowników liczących ludzi na sali.
Było jeszcze kilka rzeczy, których musiałem się nauczyć, a które mnie przerażały, typu otwarcie kina, zamknięcie kina czy obsługa kasy, ale moje szczęście polegało na tym, iż kino doświadczało okresowych trudności związanych z odejściem jednego ze szkoleniowców i nie szkolili wiele. Po moim odejściu wszystko wróciło do normy i młodziaków od razu rzucano na głęboką wodę. Miało to o tyle sens, że cały zespół mógł się łatwo wymieniać obowiązkami, ku czemu okazja była nierzadko.
Dowództwo
Nowy nabór bywał w miarę regularny, ponieważ część ludzi się wykruszała dość szybko. Pieniądze, jakie zarabiało się w kinie, kwalifikowały się raczej do kategorii "dorabianie". Jak za pierwszy miesiąc miałem niewiele ponad 400 zł pensji, to mi niektórzy gratulowali, że tak dużo. Jaka płaca, taka praca — ludzie zmieniali się często. Nie zawsze jednakże odchodzili sami z siebie. Kiedyś koleżanka przyszła i chciała wpisać się na listę, a tu jej nie ma. Plotka głosiła, że Dyrektor dzień wcześniej spojrzał na listę pracowników, pokazał koleżankę i powiedział: — Nie kojarzę jej. Wypad. — Nie wiem na ile to była prawda, ale taka wersja krążyła po ocalałych i na pewno nie budowała dobrej atmosfery.
Dyrektor był poza tym incydentem spoko gościem, trochę fachowcem starej daty. Pracował wcześniej w innym kinie i miał dużo pomysłów na ściągnięcie i zatrzymanie klientów w kinie, ale konkurencja nie była tym zainteresowana. Uważali, że promocja filmu to problem dystrybutora. I wtedy kino, do którego ja później wysłałem CV, złożyło Dyrektorowi propozycję. Oni byli zainteresowani jego pomysłami. Tutaj organizował różne imprezy typu Dzień Dziecka i miał większą swobodę działania. Na co dzień był raczej niewidoczny, zdawał się przychodzić o przypadkowych porach i żartować z grubym Konserwatorem (nie, to źle powiedziane — on był duży). Z tego, co wiem, już tam nie pracuje.
Przy osobie Dyrektora nie można pominąć Złej Kierowniczki. Tajemnicą poliszynela było, iż mieli ze sobą romans. Tym wytłumaczono mi, dlaczego Zła Kierowniczka wciąż pracuje. Nie bardzo pojmowałem, skąd wokół niej było nagromadzone tyle negatywnej energii. Pamiętam, w pomieszczeniu socjalnym były zdjęcia pracowników miesiąca. M.in. bohaterki tego akapitu. Jej zdjęcie było jednak podpisane innym imieniem. Spytałem dlaczego tak. — Zmieniła imię i jeżeli użyjesz tego poprzedniego, to masz przesrane po całości — wyjaśniono mi. Moim zdaniem pozbyła się lepszego imienia. No ale. Polubiłem ją od pierwszej minuty rozmowy kwalifikacyjnej, wydaje mi się, że zresztą z wzajemnością. Dużo rozmawiałem o niej z innymi pracownikami, którzy ją znali, i nie spotkałem się z pozytywną opinią. Ludzie narzekali, klęli na nią albo co najwyżej zachowywali neutralność. Zła Kierowniczka doskonale o tym wiedziała, ponieważ pracownicy o większym stażu brali udział w zebraniach, gdzie przeprowadzano jakieś ankiety o wszystkich po kolei. Dzięki tej instytucji Zła Kierowniczka świadoma była opinii podległych jej ludzi. Ankiety były anonimowe, więc nie wiedziała nic więcej. Za mojej kadencji było tylko jedno zebranie, po którym Zła Kierowniczka zamknęła się w sali kinowej i podobno ryczała jak bóbr. Opowiedział mi o tym z satysfakcją pracownik, który jej szczerze — z wzajemnością zresztą — nie znosił. Wielokrotnie opowiadał, że kiedy będzie odchodził, to pójdzie do niej i żegnając się użyje jej poprzedniego imienia. Z tego, co pamiętam, ostatniego dnia po prostu nie przyszedł do pracy, nie zrealizowawszy w końcu swojej perwersyjnej fantazji.
Kolejną osobą, którą zapamiętałem, była Córka Fantasty, która piastowała w kinie funkcję asystenta zmiany. Skojarzywszy jej nazwisko z pewnym polskim pisarzem science-fiction rzuciłem żartem, że może jest jego córką, na co odparła, że nie, ale że jej ojciec nazywa się tak samo. — Kupiłam mu nawet kiedyś książkę na urodziny, ale chyba nie zrozumiał żartu — powiedziała. W rewanżu odparłem, że mój ojciec z kolei nazywa się jak tłumacz książek science-fiction. Córka Fantasty była energiczna i wszędzie jej było pełno. Posiadała dar motywowania innych do pracy bez robienia sobie wrogów. Myślę, że uosabiała komunistyczny ideał takiego przodownika pracy, co wyrabia 300% normy z uśmiechem na twarzy. Tyle że pozbawione było to ideologii. Bardzo lubiłem zmiany z nią. Kiedyś na otwarciu chodziła ze specjalnym urządzeniem do mierzenia temperatury kawy (napisałbym "termometr", ale to było całe urządzenie na baterie). Spytałem ją, co tam robi, a ta, zanim odpowiedziała, rzuciła energicznie: — Jak będziesz niegrzeczny to wsadzę ci to w pupę — po czym poleciała gdzieś dalej. Pomimo iż brzmi to jak podręcznikowy przykład molestowania seksualnego w pracy, to nic bardziej mylnego. Córka Fantasty miała taki styl.
Niezłym gagatkiem okazał się asystent Duże Dziecko. Gość zdecydowanie się tam ustawił. W kinie obowiązywała tzw. rekrutacja wewnętrzna, czyli przyjmowali tylko na najniższe, ogólne stanowisko, na pozostałe zaś awansowano ludzi z niższego szczebla. Z wyjątkami, oczywiście, bo niektóre biurowe stanowiska nie potrzebowały doświadczenia przy nasypywaniu popcornu, ale uznano u zarania dziejów, że asystent czy kierownik zmiany bez wątpienia dobrze, żeby miał za sobą jakieś obycie z kinem. Duże Dziecko był typem, który wrósł w korporację i część rzeczy robił po swojemu, z pominięciem różnych procedur. Ponieważ robił to zręcznie oraz znał się na swojej podstawowej robocie, nikt nie zwracał uwagi na jego indywidualne podejście do tematu. Kiedyś opowiadał w szatni, że ma 3 różne szafki i w każdej trzyma różne rzeczy. Innym razem opowiadając całą historię kina (wtedy pierwszy raz usłyszałem eufemizm "Izraelczycy") pokazał powiedział przy okazji jakiegoś badziewia na stanie kina: — Nie wiem, jak to działa, ale jakby mnie ktoś pytał, to z miejsca wymyślę 3 procedury. — Te słowa przypomniały mi moje pierwsze szkolenie u niego i slogan o tym, że siedząc pod samym ekranem można poczuć się jak w filmie. Różne drobne detale, które składały się na większy obrazek (ku chwale emergencji!). Unikałem Dużego Dziecka, jak tylko mogłem, ponieważ nie budził on mojego zaufania.
Aparat za to był ze Sprzedawcy Miesiąca. W pewnym momencie zorientowałem się, że wciąż tylko sprzedaje popcorn. Było to może nie tyle niezgodne z zasadami, co odległe od polityki firmy, gdzie wszyscy pracowali na wszystkich stanowiskach. On nie. Zawsze na popcornie. Któregoś dnia spytałem go, dlaczego tak jest, a on konspiracyjnym tonem opowiedział mi, że na tyle dobrze idzie mu sprzedaż, że nie ruszają go stamtąd. — No bo to wygląda tak, że ktoś mówi "Poproszę mały popcorn", a on wyciąga największe opakowanie i pyta: "Takie może być?", a większość ludzi mówi, że może — wyjaśniła mi znajoma, która dłużej tam pracowała. Bardzo polubiłem Sprzedawcę Miesiąca, ponieważ zawsze bardzo entuzjastycznie śmiał się z moich żartów.
No i na koniec Mamuśka. W kinie musiała być od samego początku. Właściwie to ją lubiłem, denerwowało mnie tylko, że jak trafiało na nią zamknięcie (prawie nigdy, musiała to sobie załatwiać jakoś), to wykręcała się dzieckiem i de facto zrzucała całe zajęcie na ostatniego pracownika (w domyśle: jedną osobę). System był pomyślany jako: asystent+pracownik. A ona się zmywała. Nie skarżyłem się na to, choć uważam, że było to trochę nie w porządku. Ale nie dlatego ją zapamiętałem. Pierwszy powód to fryzura rodem z lat 80., natapirowana jak u Roberta Smitha, jaką ujrzałem na zdjęciach na tablicy chwały (pracownik miesiąca). Mamuśka wyglądała jak podróżnik z przeszłości. Drugi powód to podjadanie parówek. Mamuśka opracowała do perfekcji zjadanie parówek, które szły już do wywalenia. Jak opowiedziała mi znajoma po mundialowym wieczorze: — No i wiesz, miałam kończyć o 22:00, ale w barze siedzieli ludzie i pili piwo, więc musiałam zostać. Zmęczona i styrana, a tu jeszcze godzina dłużej. Okropne. Ale najlepsze było potem, bo Mamuśka mnie wzięła na bok, żeby pocieszyć i... dała mi parówkę do zjedzenia. Odkryła, że jak się schowa za lodówką, to na kamerach nie widać. A nikt śmieci nie sprawdza, czy wszystkie parówki spisane na straty tam lądują. — Pisząc po latach te słowa wstałem i zasalutowałem pomysłowości Mamuśki. Uznanie fana parówek.
Wesołe jest życie pracownika najniższego szczebla lub: jak przestałem się bać i porzuciłem swoje ego
Kino, jak każdy obiekt czy każde inne miejsce pracy ma swoją specyfikę. Kino miało podobną politykę, jak pewna duża sieć fast foodowa, gdzie pracownikowi nie wolno bezczynnie stać. Jak jest robota, to ten przepis jest realizowany niejako z automatu. Problem Wyzwanie pojawia się w sytuacji, kiedy wszystko jest zrobione, a klientów nie ma. Wtedy trzeba np. przetrzeć stół. A potem jeszcze raz. I zetrzeć podłogę. Najlepiej wartko i z uśmiechem na twarzy, bo przełożony z miną kata obserwuje, zapomniawszy iż sam kiedyś nie rozumiał tego systemu. Aż się "Full Metal Jacket" przypomina. W kinie było, jak napisałem, podobnie. Nie wolno było pracownikom kina stać bezczynnie, a już niedopuszczalne było stanie grupą i rozmawianie. Źle to wpływało na morale klientów kina (rzekomo), poza tym mógł to zobaczyć Tajemniczy Klient (realne zagrożenie). Na szczęście można było iść na salę i pooglądać trochę filmu. Nie pamiętam, czy to było oficjalnie powiedziane, czy tylko przymykano oko, ale dzięki temu obejrzałem na raty kilka filmów, jak np. "Wszyscy jesteśmy chrystusami" czy "Jasminum". Do tego nauczyłem się oglądać filmy pod bardzo nietypowym kątem (siedziało się z lewej lub prawej — zależnie od tego, gdzie było wejście — strony i na samym dole). Zanim nająłem się w kinie wybierałem miejsca na końcu sali, po epizodzie w kinie preferuję coś pomiędzy połową a 3/4 sali.
Gdybym miał tam pracować dłużej, to prawdopodobnie próbowałbym się ustawić jak Duże Dziecko. Trzy szafki i święty spokój — brzmiało jak marzenie pracownika korporacji, inspirowane historiami z Dilbertem w roli głównej. (Jeszcze tego samego roku miałem się przekonać, że w komiksach z Dilbertem nie ma absolutnie nic zmyślonego, a nierzadko — nawet przejaskrawionego.) Stało się jednak inaczej i nauczyłem się bardzo istotnej rzeczy. Mając w perspektywie maksymalnie 3 miesiące postanowiłem pójść przeciwną drogą. Postanowiłem mianowicie w ogóle się nie ustawiać. Przychodzić od-do, wypełniać wszystkie polecenia bez kombinowania i z uśmiechem na twarzy. Trochę w myśl zasady, że najprościej jest być uczciwym; nie trzeba pamiętać, co się robiło i co się komu mówiło. Z początku było trochę ciężko i z zainteresowaniem obserwowałem najpierw nieśmiałe, a potem wręcz jawne wykorzystywanie mnie. Obserwowałem to bez buntowania się, aż pewnego razu — to była 11-godzinna zmiana — pod wieczór już wszedłem do pomieszczenia dla personelu, gdzie stał automat z kawą (i właściwie tyle), i ujrzałem Duże Dziecko, który ochrzaniał całą zmianę. Odruchowo się zacząłem wycofywać, ale zostałem zatrzymany. Ku swojemu zaskoczeniu usłyszałem: — Nie może być tak, że Krazov wszystko robi. Odkąd przyszedłem na zmianę i zlecam coś, słyszę tylko jedną rzecz: "Zaraz Krazov przyjdzie, to zrobi". Krazov posprząta łazienki i Krazov odkurzy salę, Krazov policzy ludzi i tak dalej... Do końca zmiany nie widzę go robiącego cokolwiek. Będziesz wpuszczał ludzi na sale — zwrócił się do mnie na koniec i wyszedł. W pierwszej chwili czułem się głupio, ale ludzie się rozeszli szybko, a ja byłem zbyt zmęczony, żeby myśleć; 11 godzin to naprawdę sporo. Duże Dziecko mnie wtedy zaskoczył trochę, ponieważ do wizerunku cwaniaka z 3 szafkami wkradł się jednak fachowiec. Mógł machnąć ręką i pozwolić mi robić dalej wszystko, co mu zależało? A jednak tego nie zrobił. Pomimo tego wydarzenia nie zbliżyliśmy się do siebie.
Od tamtej reprymendy do wszystkich coś się zmieniło. Zupełnie jakbym wszedł na następny poziom lub znalazł tajne przejście do kolejnego pokoju. Przestano mnie posyłać do wszystkiego. Odkryłem ponadto, że nikt nie ma o to pretensji, jakby wszyscy w środku przed samymi sobą przyznali, że przeginali, ale się nie udało na dłuższą metę. Tak więc ten niewielki wyzysk się skończył, a ja odkryłem kolejną rzecz — będąc usłużnym dla wszystkich ludzi zaskarbiłem sobie ich sympatię. Odkryłem między innymi, że da się żyć zgodnie ze Złą Kierowniczką. Wydaje mi się nawet, że trochę mnie polubiła. Rok później nie przyjęła mojego zaproszenia na Naszej Klasie, ale podczas pracy w kinie nasze stosunki układały się poprawnie. Kino dało mi cenną lekcję, która brzmiała: schowaj swoje ego, to w dłuższym terminie na tym zyskasz.
A potem przyszedł kolejny nabór i z kota stałem się dziadkiem.
Gdy się człowiek styka, wtedy działa statystyka
Praca w kinie daje niepowtarzalną szansę stykania się z różnymi ludźmi. Różni ludzie są — zgodnie z nazwą — różni i w związku z tym — nadal zgodnie z nazwą — różnie się zachowują. Mały przedsmak różnych ludzkich odjazdów miałem już podczas montowania żaluzji, ale tam było ich nieporównywalnie mniej (za to można było zobaczyć mieszkania, też fajna rzecz).
Jakie jest najczęściej zadawane przez klientów pytanie? "Czy to jest, proszę pana, pierwszy rząd?" Rzędy w kinie oznaczone były literami, co na ogół nie stanowiło problemu — A, B, C... A jednak rząd I sprawiał ludziom wiele problemów, ponieważ przełączali się w tym momencie na rzymską numerację i głupieli widząc na samym dole sali rząd A. Do dziś mnie to śmieszy. Po cichu planuję, że kiedy pewnego razu dostanę miejsca w rzędzie I, to spytam drących bilety, czy to pierwszy rząd. Przez 4 lata ekipa kina się pozmieniała prawie cała, a Mamuśka mnie ostatnio nie poznała. Jestem tam takim samym klientem jak wszyscy.
Po jakim filmie był największy syf na sali? Po filmie o Janie Pawle II (tym z Thomasem Kretschmannem). Choć brzmi to na poły absurdalnie, na poły świętokradczo, to tak właśnie było. Ktoś wymyślił, żeby chyba w porze matur wysłać technikum do kina. Pomysł zacny i często praktykowany przez wiele szkół, również my z liceum tak robiliśmy (dzięki czemu miałem okazję zobaczyć niesamowitą produkcję USA pt. "Stary, gdzie moja bryka?", w którym to filmie bohaterowie mieli dresy szyte na miarę, co z kolei ani trochę nie zdziwiło mojego kolegę Elisabetha). Być może film biograficzny o wielkim Polaku i najprawdopodobniej przyszłym świętym miał stworzyć młodzieży z technikum jakiś moralny fundament czy chociaż być drogowskazem, ale wyszło zgoła inaczej. Nie dość, że zasypali całą salę popcornem, to wciąż próbowali wyjść zapalić. Wiadomo, film — z punktu widzenia palacza — jest długi. W tym celu wybrali najbliższe drzwi, niestety ewakuacyjne, więc włączyli alarm pożarowy. Na szczęście w kinie jest alarm niemy, ale każde włączenie trzeba sprawdzić. Po wyrzuceniu z korytarza prowadzącego do projektornii kolejnego palacza znaleźliśmy w toalecie. Po filmie zmyli się, zostawiając mnie z górą prażonej kukurydzy. Ubrawszy się w odkurzacz, który upodabniał mnie do bohaterów z "Pogromców duchów" przystąpiłem do akcji oczyszczania sali. Trwało to 40 minut (słownie: CZTERDZIEŚCI MINUT), ale przez ten czas czułem się jak Bill Murray. Myślę, że to przebijało motyw z kopertami na rozmowie o pracę.
W drugim miesiącu pracy nagle z wieczornych zmian trafiłem na ranne zmiany. No, może nie tak nagle. Ranne wymagają mniej ludzi, ale też nie można postawić wtedy żółtodzioba. A zdarzyło się — szczególnie w okresie sesji — że studenci nie przyszli sobie na zmianę. Najczęściej powodem był egzamin. W sumie nie mam pretensji, bo co prawda istniały prośby grafikowe, ale zgodnie z definicją były to tylko prośby i nie zawsze je uwzględniano. A wtedy taki pracownik stawał przed trudnym dylematem: kariera naukowa czy zawodowa. Częściej wybierał naukową, ale za takie epizody nie było wielkich konsekwencji, z tego, co kojarzę. Niemniej do dziś pamiętam, jak pewnego ranka odkryliśmy, że jest nas troje pracowników tylko (dwoje szeregowych i Mamuśka). Dwoiliśmy się i troiliśmy, ale daliśmy radę. Wypadałoby z tego miejsca podziękować wszystkim tym ludziom, którzy tego dnia rozważali przyjście na film do kina, ale tego nie zrobili.
Najluźniejszym dniem tygodnia był zawsze poniedziałek. Ponad połowa odwołanych (z braku chętnych) seansów, a i te nieodwołane jakieś takie małoliczne. — Ale stypa — powiedział kiedyś kolega, z nudów zamiatając pusty hol. Już nawet nie chciało się człowiekowi uciekać na salę kinową. I oto pewnego nudnego poniedziałku w kinie pojawił się pewien osobnik. Na szczęście mnie wtedy nie było.
Czarną wołgą naszego zawodu był Tajemnicz Klient. Nie chodziło bynajmniej o człowieka, który przychodzi do kina w płaszczu i kapeluszu, a następnie nic o sobie nie mówi. To by był Niedorzeczny Klient. Tajemniczy Klient to instytucja, dzięki której firma sprawdza swoich własnych pracowników (tzw. permanentna inwigilacja). Wiadomo, że przy kierowniku czy asystencie człowiek się bardziej stara, a i sam przełożony może przymykać oko na pewne niedociągnięcia. Wtedy pojawia się Tajemniczy Klient, który z wyglądu niczym nie różni się od zwykłego klienta, lecz jego świadomość naszpikowana jest listą rzeczy, na które zwraca uwagę. Czy hol jes zamieciony? Czy w toalecie było mydło? Czy kasjerka uśmiechnęła się podając bilet? Czy popcorn był dostatecznie tłusty? Te i inne pytania kierowały działaniami Tajemniczego Klienta. Na koniec spisywał dokładny raport, który przesyłał do swojej firmy, ta zaś robiła ksero i przesyłała do kina, gdzie wywieszano je w przedsionku do biura. Tam wszyscy mogli przeczytać uwagi typu: "Bileterka GRAŻYNA podała bilet z kwaśną miną". Dzięki temu wiedzieliśmy, co musimy poprawić w naszych działaniach, by zaprowadzić kino ku świetlanej przyszłości dominanta na rynku kin a także zapewnić naszym klientom satysfakcję podczas wizyt w naszym przybytku. A może na odwrót.
Tak naprawdę bliżej była znajoma z pewnej sieci sprzedającej po skandalicznie wysokich cenach płyty CD oraz książki, kiedy kilka lat później powiedziała: — Przyłazi taki i czepia się jakichś pierdół, nie rozumiem tego. — Akurat przechodziłem tamtędy i wpadłem do niej do pracy. Wysłuchawszy utyskiwań na Tajemniczego Klienta odparłem, że sam mam takie uprawnienia. Zgłosiłem się 3 lata wcześniej i wyrobiłem uprawnienia rok wcześniej, ale pomimo tego firma wysyłająca Tajemniczych Klientów nie kwapiła się z żadnym zleceniem. Miałem więc wiedzę, która mnie rozpierała, a której nie mogłem w żaden sposób wykorzystać. I nagle znajoma wyraziła brak zrozumienia. Opowiedziałem jej wtedy, jak to działa. Otóż firma zlecająca sprawdzenie swoich własnych pracowników (tzw. permanentna inwigilacja) przygotowuje listę rzeczy, na które trzeba zwrócić uwagę. W praktyce oznacza to brak inwencji własnej, bo w wytycznych jest absolutnie wszystko, włącznie z tym, na ile guzików ma mieć zapiętą koszulę pracownik, który nas obsługiwał. I tak też wygląda potem raport — odhaczyć według listy. Nie we wszystkich branżach Tajemniczy Klient ma tak lekko. Jak zeznał kolega ze sklepu z artykułami sportowymi: — Zawsze wiadomo, który to. Łazi pół godziny po sklepie, truje dupę, potem kupuje najtańsze skarpetki, które godzinę później oddaje.
Było jeszcze coś takiego jak audyt, ale szczęściem ominął mnie. Swoisty wydział wewnętrzny, jakiś — sądząc z opowieści — psychopata-sadysta, który sprawdza wykonywanie procedur i może np. zapytać o czym jest dany film. Obowiązkiem było wiedzieć, kto w nich gra i o czym opowiadają. Na początku miesiąca podrzucali nam listę ze streszczeniami, chociaż można było wybrać bardziej aktywną formę nauki, tj. uczęszczać na seanse filmowe. Tak, bardzo cieszyłem się, że będę mógł oglądać tyle filmów, ile wlezie, ale prawda okazała się przyjemna jak uderzenie gołą dupą w twarz. Po 8 godzinach (średnio) czasu spędzonego w kinie człowiekowi nie chciało się oglądać już filmów, nie chciał tam siedzieć. Choć oczywiście były wyjątki. Druga sprawa była taka, że jak oglądałem kilkadziesiąt razy zakończenie "Epoki lodowcowej 2", to nijak nie motywowało mnie to do obejrzenia reszty. Czasami, jeśli wiedziałem, że będę chciał obejrzeć film, to stawałem tak, żeby nie widzieć filmu i zatykałem uszy. Na ogół pomagało, choć im więcej razy trafiało się na taki seans, tym trudniejsze to było.
Gdy już byłem dziadkiem, to mogłem z punktu widzenia kogoś bardziej doświadczonego obserwować poczynania nowych. Te pytania zadawane z wypiekami na twarzy o jakieś proste kwestie, które miałem szansę zgłębić bardziej od ludzi z mojego naboru, ponieważ pracowałem cały tydzień, a nie tylko 10 godzin. Dzięki temu też miałem okazję opatrzeć się Dyrektorowi, a raz nawet błysnąć zostając godzinę dłużej po tym, jak ktoś miał sesję i była mała luka w obsadzie zmiany. Ale nie o tym miałem. Z nowych (bo chyba z 2 nabory po mnie były) najbardziej pamiętam takiego gościa z innej bajki. Pracownicy najczęściej byli studentami (lub nawet skończyli studia), co w jakiś sposób — jednak — przekładało się na ich poziom. Ogólnie nie było źle, można powiedzieć. Ale ten jeden typ nie wiem, czy liceum skończył. Przyszedł w krótkich spodniach i sandałach, w koszulce z postaciami z "Pulp Fiction", po czym spytał, czy jest jakaś zapasowa koszulka, bo chyba zapomniał swojej. Odparłem, że może coś się znajdzie. — No chyba że mogę w tej — dodał, pokazując na Travoltę i Jacksona. Nie mógł. Procedura była tutaj dość jednoznaczna: podkoszulek, dżinsy (ale bez udziwnień) i buty z zakrytymi palcami. To pierwsze zapewniało kino, resztę trzeba było samemu sobie skołować. Spodnie to nie problem, noszę je na codzień, buty też. Kolega stojący jednak obok mnie wyraźnie nie poszedł tym torem. — Tu trzeba mieć długie spodnie — powiedziałem czując, że nadciąga zabawna chwila w moim życiu. Kolega się trochę speszył, przez chwilę rozważał jechać do domu i z powrotem, ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że mu się ta sztuka nie uda. Czas mu na to nie pozwalał. Poleciał załatwiać spodnie i podkoszulek, co mu się nawet udało. Podkoszulek to wiadomo, ale że gdzieś w magazynie z plakatami znalazły się pasujące na niego dżinsy — to już nielicha historia! Jak już tak stał przede mną, to rzuciłem: — Ale buty masz? Bo wiesz, w sandałach nie wolno. — Po czym jąłem mu tłumaczyć dlaczego. Był to już koniec mojej zmiany, nie wiem jak sobie poradził, chyba przymknęli na to oko. To był zdaje się jego pierwszy dzień. Koleżance pierwszego dnia zdarzyło się przyjść w szpilkach. Miała zakryte palce, ale szybkie przemieszczanie się po obiekcie nie wchodziło w grę. O koledze słyszałem jeszcze dwie anegdoty zanim go zwolnili. Pierwszym razem podszedł do Dyrektora w biurze, nie wiedząc z kim ma do czynienia; być może zmyliło go nieodświętne ubranie. — Ej, zejdź na chwilę, to sobie pocztę sprawdzę — powiedział. Innym razem dorwawszy krótkofalówkę zawołał: "Houston, mamy problem!". Podobno wszyscy odstąpili od stanowisk zobaczyć to kuriozum. Oczywiście nic się działo.
Procedury
Poruszona powyżej kwestia z podkoszulkami była dla mnie dość kuriozalna. Oto pracownik dostawał podkoszulek. Jeden. Upranie go należało do jego obowiązków. Może nie powinno tak być, ale inna kwestia wysuwała się na pierwszy plan. Otóż: przez 5 dni pod rząd przychodzę do pracy, to kiedy mam go prać? Z dnia na dzień nie wyschnie, a już po pierwszym śmierdzi od potu. Z czystej ciekawości spytałem bardziej od siebie doświadczonej komsomołki koleżanki, jak sobie radzi z tym problemem. — Jakoś to jest, trzeba wytrzymać. Po pewnym czasie dostaje się drugi, to jest łatwiej, bo można na zmianę — wyjaśniła mi z trochę kwaśną miną. Osobiście wyobrażałem sobie wielką pralnię, która codziennie pierze wszystkim koszulki, które rano czyste i pachnące się ubiera. Niestety, to by było za drogie. Lepiej było oszczędzić na pracownikach kosztem ich poczucia godności. Że też nie wpadłem na to, żeby nasłać na nich Ryszarda Cebulę. Po dość krótkim czasie dostałem drugą koszulkę, ale radość ma była krótką. Oto — w ramach promocji — firma mogła wykupić reklamę w kinie polegającą na tym, że pracownicy kina nosili koszulki z logo tejże firmy. Po zakończonej akcji podkoszulek przechodził na naszą własność. Niestety nie można było nosić zamiennie z tym głównym podkoszulkiem (raz tak zrobiłem, bo mi nie wysechł promocyjny, ale regularnie by to nie przeszło). Dwa na 3 podkoszulki były kijowej jakości, wykonane ze sztucznego materiału, w którym człowiek się pocił jeszcze bardziej, więc nie dość, że dalej miałem jeden podkoszulek, tylko inny, to jeszcze taki, który jeszcze szybciej nie nadawał się do niczego. Plusem, jeśli już szukać jakichś, było to, że sztuczne materiały szybciej schną, więc można było ryzykować pranie z dnia na dzień.
Procedurą, która od samego początku napawała mnie przerażeniem, było liczenie ludzi na sali. Nie to, że uważałem to za bezsensowne (to raczej była próba zracjonalizowania mojego strachu na innym polu), było to przede wszystkim trudne. Na początku byłem wręcz przerażony. Jak pisałem wcześniej: jasna scena i jedziemy. Z ulgą odkryłem, że na większości seansów jest garstka ludzi. Liczyłem więc wszystkie małoliczne seanse, niby innym ludziom zostawiając te kilka trudnych. Z czasem wyrobiłem się i potem nie było z tym problemów. Procedura była następująca: po policzeniu ludzi szło się na kasę, gdzie osoba mająca tam zmianę sprawdzała w systemie ile powinno być osób. Jeżeli było więcej, szło się na salę jeszcze raz przeliczyć. Jeżeli nadal było więcej, wracało się na salę z latarką i sprawdzało każdą osobę z biletu. Tyle teoria. Tylko 2 razy poszedłem na salę z latarką. W pierwszym przypadku na małej sali było 8 osób, a miałoby być 6; żeby było śmieszniej cała ósemka miała bilety. Okazało się, że dwie osoby miały bilety z tzw. dyrektorskiej puli. W jakiś sposób nie pokazało się to w komputerze. Ale tego dowiedziałem się później; kiedy się to działo, skonsultowałem to z innymi i stwierdzili po krótkiej namowie, że powinienem jeszcze raz iść sprawdzić. — Przetrzepałem całą salę i wszyscy mieli bilety. Chcesz iść ty i zrobić to jeszcze raz, jak wszyscy kupili bilety i oglądają film, a my już drugi raz będziemy tam wchodzić? — spytałem. Nikt nie chciał. Wtedy już nie mieli odwagi posyłać mnie lekką ręką do wszystkiego. Innym razem z kolei było to na zamknięciu. Grano już tylko 2 filmy, z czego jednym z nich był "Straszny film 4". I na nim było też o 2 osoby za dużo. Liczenie odbyło się dość późno i było może ze 20 minut do końca, więc skory byłem machnąć na to ręką i wpisać, że się pomyliłem przy liczeniu — niech już, prawda, mają — ale mój kompan (ten od fantazji polegającej na użyciu imienia Złej Kierowniczki) był nieubłagany. Cóż było robić, wzięliśmy latarki i udaliśmy się na salę. Podczas sprawdzania pierwszego rzędu dwie osoby z dalszych miejsc zerwały się i wybiegły z sali. Podążyliśmy ich śladami, ale udało im się uciec na dobre. Ochroniarz ich nie zatrzymywał, bo było późno i to mogli być legalni klienci, którzy spieszyli się na autobus. (Zawsze mnie wkurzali ludzie, którzy opuszczali film tuż przed końcem, bo autobus albo inna pierdoła.)
Ale to była rzadkość. W myśl zasady "jaka płaca — taka praca" nie przykładaliśmy się do tego za bardzo. Było to utrzymywane w tajemnicy przed dyrekcją, bo na to by pewnie nie przymknęli oczu. W praktyce było więc tak: po pierwszym liczeniu nie sprawdzała osoba z kasy, ponieważ najczęściej sprzedawała w tym czasie bilety — nawet nie wiecie, ile ludzi przychodzi do kina nie tylko bez pomysłu na to, co zobaczyć, ale w ogóle bez świadomości tego, co jest grane — lecz robiło się to samemu. Liczba policzona prawie nigdy nie zgadzała się z tą, jaką pokazywał system. Najczęściej było to mniej, ponieważ z czasem człowiek zaokrąglał w dół. Mniejsza liczba dawała się łatwo wyjaśnić. "Pewnie poszli do toalety." Z tego powodu lepiej było niedoliczyć niż przeliczyć. Przy przeliczeniu szło się jeszcze raz i liczyło ponownie. Jak nadal wychodziło źle, to wpisywało się dobrą liczbę z komentarzem: "ponowne liczenie". Ale nie zawsze tak było. Czasami za drugim razem policzyłem już dobrze. I na ogół, gdy już się tak działo, to liczba ludzi się zgadzała. Raz nie, ale skojarzyłem pewną rzecz: w pierwszym rzędzie siedziała jakaś grupa ludzi, która siedziała w pierwszym rzędzie i aż podniosła się, żeby mnie obserwować. Kiedy wróciłem przeliczyć salę już ich nie było, a liczba się zgadzała. Jak powiedział mi kolega podczas doszkalania mnie: — Ludzie, którzy wkręcają się na seans bez biletu na ogół siadają gdzieś z brzegu, nie doklejając się do żadnej grupy. Najczęściej wystarczy zapamiętać mniej więcej rozmieszczenie ludzi na sali i znaleźć kogoś spoza schematu. Prawie zawsze jest to ktoś na gapę.
Mieliśmy powiedziane, że na film nie wolno wpuszczać wcześniej niż 15 minut przed seansem. Na ogół sala była i tak niegotowa, choć nie była to ścisła reguła. Pamiętam jednak tydzień, kiedy na ekrany kin zawitał głośny thriller religion-fiction, czyli "Kod Leonarda da Vinci". Przygotowano nas duchowo (uposażenie zostało bez zmian) na to nadchodzące wydarzenie. Z obserwacji stwierdziłem, że film ten ściągnął do kina trochę inną klientelę niż zazwyczaj. Był to podręcznikowy przykład, jak zrobić reklamę filmowi protestując przeciwko niemu. W piątek, dzień premiery, miałem wolne, ale sporo widzów również. Przyszli w sobotę. Ja również. Pamiętam to do dziś: cały hol ludzi, którzy stojąc z biletami przebierają nogami. Cały tłum, który trzyma się lin, ale co jakiś czas odruchowo napiera na przód, po czym momentalnie się wycofuje. Ktoś mnie pyta: — Już? — a ja spoglądam na zegarek i widzę, że jeszcze 17 minut, po czym odpowiadam: — Jeszcze nie. — Ludzie się niecierpliwią, że już mało czasu, a ja tylko zasłaniam się procedurami (bycie po tej stronie procedur jest nawet przyjemnym uczuciem). W końcu ich puściłem i najtrafniej będzie powiedzieć, że wlali się na korytarze (film grano na 6 salach jednocześnie). Potem był wielki syf, bo nakupili popcornu oczywiście, i wypuszczanie naraz tej samej chmary ludzi, ale to uczucie władzy przed seansem rekompensowało mi wszelkie późniejsze niedogodności.
Jedna z procedur mówiła jasno: klientom nie wolno samym wychodzić z sali. Trzeba stać w drodze do wyjścia i ładnie wyglądać. Uśmiechać się. Najlepiej jeszcze mówić wszystkim "Do widzenia", ale pomimo iż wydaje się to miłym zwyczajem, to 95% ludzi ma to w dupie, mówiąc trochę kolokwialnie. (Trochę, bo kolokwialnie pewnie jest znacznie gorzej.) Po 2 tygodniach przestałem mówić do wychodzących ludzi cokolwiek i tylko uśmiechałem się głupawo jak człowiek obcujący z przyrodą (jeśli wierzyć cytatowi Hrabala, który widziałem na ścianie w Teatrze KTO). Ludzie wychodzili rozmawiając ze sobą albo uciekali wzrokiem, jakbym chciał ich nastukać. No cóż. Część ludzi próbowała wychodzić wyjściem ewakuacyjnym i ich trzeba było bezzwłocznie powstrzymywać, bo włączali alarm przeciwpożarowy. W pamięć zapadły mi 3 wydarzenia dotyczące procedury wypuszczania po filmie. Pierwszy to kiedy kolega nagle zobaczył, że tłumek ludzi wychodzi z sali, z której nie powinien wychodzić. — Wystraszyłem się, rzuciłem wszystko i poleciałem na salę, żeby odkryć, że jest dopiero połowa "Hi Waya". Ludzie po prostu wyszli. — Tak, coś o tym wiem. Kiedyś na zamknięciu był jeszcze tylko "Hi Way" właśnie. Poszedłem na salę, bo to podrzucanie bramy pilotem na łące po 50 razach robiło się nawet śmieszniejsze. Film się skończył i podchodzi jakiś pijany, średnio agresywny (oceniam, że był jedynie werbalnie agresywny, raczej jednak do niczego by się nie posunął, chociaż z pijakami to nigdy nic nie wiadomo) i zaczął krzyczeć, że on żąda zwrotu pieniędzy, bo ten film był słaby i takie tam. Odparłem, że to nie do mnie, tylko do kas. — A gdzie to? — spytał zbity z pantałyku. — Niestety już nieczynne — odparłem. Zaczął znowu krzyczeć. Uspokoiłem go informacją o tym, że po napisach jest krótka scenka. Usatysfakcjonowany rozsiadł się w pierwszym rzędzie i był świadkiem, jak Jaco i Pablo śpiewają piosenkę o Żizele, co go tylko na nowo wkurzyło, ale zgodnie z przewidywaniami był nieszkodliwy. Kląc na czym świat stoi wyszedł z sali a potem z kina.
Z wypuszczania zapamiętałem jeszcze jedną osobę. Po "Tristanie i Izoldzie" podeszła do mnie dziewczyna, na oko z 20 lat, i spytała trochę dziecinnym głosem, czy to jest premiera. Nie bardzo rozumiałem, o co jej chodzi. Być może gdyby było jaśniej, ale półmrok pozbawił mnie części spostrzeżeń. Był piątek, w który właśnie zaczynaliśmy grać film, więc odparłem, że tak, na co dziewczyna podskoczyła i zawołała: — Jest! Byłam na premierze! — Zreflektowawszy się, że mogło dojść do nieporozumienia, wyjaśniłem, że to nie była jakaś wielka premiera, tylko po prostu od dzisiaj film jest grany i tak też się na ten dzień mówi. Z dziewczyny momentalnie zszedł entuzjazm, rzuciła krótkie "A-ha" i wyszła ze swoją babcią (chyba) z sali, a ja poczułem się jak ostatni wieśniak, gdyż domyśliłem się, że nasza zacna klientka była w jakiś sposób niedorozwinięta i została przeze mnie pozbawiona drobnej radości obcowania z kinem. Do dziś to we mnie siedzi.
Teoretycznie trzeba było sprawdzać, czy ktoś z kamerką nie nagrywa filmu, żeby potem wrzucić do Internetu, ale o tym dowiedziałem się dość przypadkiem, kiedy wszedł "Kod Leonarda da Vinci". Zła Kierowniczka spytała mnie podczas zmiany: — Oczywiście sprawdzasz czy ludzie nie nagrywają? — po czym zaczęła sprawdzać podpisy (siłą rzeczy nie było) i rugać mnie. Gdybym wiedział, o co chodzi, to mógłbym wymyślić jakiś bajer, a tak dopiero odkrywałem, że jest sytuacja, o której Duże Dziecko mnie nie uczył. Ponieważ podchodziłem poważnie do swojej pracy, zacząłem sprawdzać, czy ktoś nie nagrywa "Kodu", ale nic takiego się nie wydarzyło. Sądzę, że w momencie wchodzenia na ekrany kin w Internecie już były screenery porobione. (Screener — kopia DVD dla dziennikarzy, którzy nie mają czasu chodzić po kinach, często przetykana czarno-białymi scenami i wielkimi napisami "WŁASNOŚĆ WYTWÓRNI JAKIEJŚ TAM".) Podobnie zresztą na innych filmach: ani razu nie widziałem, żeby ktoś coś kręcił. Choć z drugiej strony, mógł być to ktoś sprytny.
Koniec
I tak to sobie mniej więcej było. Pewnego razu zagadnąłem po drodze Menedżerkę, że jadę za granicę i czy byłaby możliwość zawieszenia w jakiś sposób mojej działalności w kinie na wypadek, gdyby mi tam nie wypaliło. Jak się tak zastanowić, był to swoisty defetyzm; który się jednak potwierdził. Szkocja nie czekała z pracą na mnie. Od znajomej wiedziałem, że kino hołduje zasadzie znanej z Realu Madryt lub — bardziej lokalnie — Gazety Wyborczej, tj. po odejściu nie ma powrotu. Dokładnie to samo usłyszałem od Menedżerki. Powiedziała, że nie ma problemu, żebym wypisał się jak najszybciej. Tutaj muszę przyznać, że nie robili żadnych problemów nikomu. Jak już pisałem gdzieś z początku, było wręcz na odwrót. Poszedłem z nią do biura, gdzie miała mi podyktować treść wypowiedzenia. Było rano, gdzieś koło godziny 10, pomyślałem z ulgą, że niewiele osób się o tym dowie, a ja niczym Batman będę mógł zniknąć zupełnie niespodziewanie. Pewnego dnia nie przyjdę do pracy, a ludzie będą zdziwieni. Pomimo iż pracowałem krótko(2 miesiące), to byłem tam 5 razy w tygodniu i zżyłem się z ludźmi, więc liczyłem, że oni ze mną też i zauważą moje zniknięcie. Stało się jednak inaczej, ponieważ w związku z czymś tam ruszyły na nowo szkolenia, m.in. na kasę biletową, której się bałem i której chciałem uniknąć, w związku z czym podczas dyktowania mi tekstu przez Menedżerkę w biurze pojawiło się kilkanaście osób na szkolenie (na kasę biletową, notabene). W ten sposób wszyscy się dowiedzieli o mojej decyzji.
Po krótkim uzgodnieniu nie zapisano mnie już na żaden dyżur, pomimo iż oficjalnie 2 tygodnie jeszcze byłem w pracy. Zostało mi jeszcze kilka dni do końca tygodnia grafikowego. Dwa pierwsze dni byłem szkolony jak podawać popcorn, a dwa ostatnie przypadła mi normalna zmiana. Szkolenia w obydwu przypadkach prowadził Duże Dziecko — jako że tylko on od tego został — a dowiedziałem się paru nieprzydatnych mi już rzeczy. Jedną z nich było to, że świeżo uprażony popcorn wywozi się do magazynu, bo ma do 48 godzin przydatności. Na widok wysypuje się ten, któremu najmniej brakuje do 48 godzin. Byłem pod wrażeniem wizualnego rozegrania tego, ponieważ popcorn był non-stop prażony (chyba że były za duże zapasy), toteż ludzie sądzili, że on od razu idzie do jedzenia. Mistyfikacja była podtrzymywana przez podgrzewane (i podświetlane) komory na popcorn. Nie sądzę, żeby wpływało to jakoś ujemnie na sam smak tej przekąski, ponieważ już w momencie wyprażenia ociekał tłuszczem jak ptaki z Zatoki Meksykańskiej. Mam w domu taką maszynkę do robienia popcornu, która dokonuje tego jedynie przy użyciu gorącego powietrza. Kukurydza jest lekka i można zjeźć całą misę bez uczucia mdłości na koniec, choć z początku brak soli sprawia dziwne wrażenie. Pewnie dlatego w kinie dają takie kubły zimnej coli — pomaga to zwalczyć drapanie w gardle spowodowane nadmiarem popcornu. Cola też ciekawie była zapodawana, ponieważ osobno docierał do nas pojemnik z syropem (bardzo gęstym, w tej postaci podobno nie wolno go nawet dotykać, bo jest bardzo żrący, ale tego nie wiem, gdyż pojemniki były porządnie zabezpieczone), a my dostarczaliśmy gaz oraz wodę. Dzięki temu cola, w przeciwieństwie do popcornu, była raczej spoko.
Była tam też parówka. Normalna parówka, jaką używa się do hot-dogów. Parówka taka jest podgrzewana na specjalnym stojaku, gdzie jest obracana na gorących wałkach. W momencie, kiedy klient przychodzi i deklaruje chęć zjedzenia hot-doga, parówkę ściąga się szczypczykami i ładuje do bułki. To wariant optymistyczny. W wariancie pesymistycznym przez cały dzień nikt nie chce zjeść hot-doga, na przykład kierując się zasadą, że jest za drogi jak na swój skład (bułka, parówka, musztarda lub keczup — zero sałatek itp. dodatków). Wtedy co jakiś czas tę parówkę trzeba wymienić, bo po kilku godzinach do niczego się nie nadaje. Tak właśnie opowiadał Duże Dziecko, biorąc parówkę w szczypczyki i zmierzając do kosza na śmieci. Następnie, opowiadał dalej, trzeba parówkę wpisać na listę strat. Nie będziecie za to podciągani do odpowiedzialności, chodzi o to, żeby stany się zgadzały. — Można ją zjeść! — zawołałem rozpaczliwie, gdy parówka wisiała nad koszem niczym Indiana Jones podczas jakiejś ze swoich niesamowitych przygód. Duże Dziecko obdarzył mnie spojrzeniem pt. nie wkurwisz mnie swoim zachowaniem, bo wiem, że w przyszłym tygodniu już tutaj nie pracujesz. Po prawdzie, muszę przyznać, nie miałem ochoty go wkurzać. Chciałem zjeść tę parówkę, inspirowany opowieściami o Mamuśce dopadającej kolejną parówę za lodówką. Ku mojemu rozczarowaniu parówka wylądowała w koszu.
Kolega znajomego miał dziewczynę i ona pracowała w międzynarodowej sieci fastfoodowej, to znajomy opowiadał potem parę ciekawych rzeczy. Łańcuszek był podejrzanie długi, toteż historia mogła być całkiem zmyślona, ale na pewno wpisywała się w kanon legend miejskich, jakie towarzyszą wszystkim lokalom gastronomicznym. Dziewczyna kolegi znajomego pluła do jedzenia. Niegodne to zachowanie, za które zresztą została wyrzucona z pracy. Zastanawiałem się, czy w kinie też będę świadkiem tego typu sabotażu rodem z "Podziemnego kręgu" i... nie. Nic takiego nie miało miejsca. Słyszałem tylko jedną historię o myszy, która skryła się w popcornie. Jeden z kierowników zmiany kazał wysypać popcorn, wyjąć mysz, a potem... z powrotem wsypać popcorn do sprzedania. Zawsze się zastanawiałem jak bardzo ta historia zmutowała zanim do mnie dotarła.
Przez ostatnie dwa dni ważyłem nachos i wafelki do lodów. Ranna zmiana, szczególnie podczas wakacji, to często jedno wielkie nicnierobienie. Wtedy robi się różne drobne prace, jak np. odważenie porcji "nachosów" itp. Pamiętam, że przynosiłem sobie po jednej paczce, a kiedy szedłem po następną, to chowałem sobie w dłoni duże kawałki (tak żeby nie było widać na monitoringu) i wpieprzałem szybko na zapleczu. Nachos jak nachos, podejrzewam, że chodziło o emocje związane z oszukiwaniem systemu. Poza tym lubiłem podjadać. Aczkolwiek wafelki od lodów smakowały mi bardziej. Myślę, że mogłem sobie pozwolić na tak dalece idącą bezczelność wobec sztywnych reguł pracy, ponieważ już wcześniej dopuszczałem się konsumpcji różnych dóbr. Zaczęło się z głodu. W tamtym czasie nie nosiłem do pracy drugiego śniadania. Wydaje mi się, że któregoś razu klient wyrzucił nietkniętą porcję popcornu, zrobił to jednak w ten sposób, że nic nie wysypał. Tekturowy kubełek wylądował pionowo. Moja ręka sięgnęła do wózka na śmieci i w moich ustach wylądowała cała garść słonego, że aż gryzącego w kąciki ust popcornu. Tak się zaczęło, prawie jak z kawałkiem sera i ludźmi-myszami. Potem już się nie przejmowałem, czy ktoś nadjadł, pochłaniałem tyle popcornu, że nie potrzebowałem drugiego śniadania. Czasem zdarzały się nachos, ale ludzie nie brali ich często. Na jakiś inteligentny, wyrafinowany film pokroju "Kochanków z Marony" (zszedł po tygodniu, jak one wszystkie) przyszła paniusia z włosami upiętymi w kuca, z drucianymi okularami na nosie i w kostiumie. Zaciskała usta jak ktoś, kto żywi pogardę dla sporej grupy ludzi (plebs, męska brać — tego nie wyczytałem). Weszła z "nachosami" i wyszła z nimi. Nie tknęła ani jednego. Pamiętam, jak starałem się dyskretnie patrzeć na tackę w jej ręce. Moja radość rosła z każdym krokiem, jaki przybliżał ją do mnie. Stopień po stopniu. Przechodząc — nadal z zaciśniętymi w ciupkę ustami — wywaliła tackę tak, że ta obróciła się o 90 stopni i wszystko się wysypało. Zakląłem w duchu. Potem okazało się, że aż połowa przetrwała. Trzeba było potem pilnować wózka i wypuszczać salę, na którą powędrował. Innym razem znaleźliśmy z kumplem nietkniętą porcję na siedzeniu. Komuś nawet nie chciało się jej znieść. Ależ to był szybki posiłek. I to na zamknięciu. Te i inne doświadczenia pomogły mi, kiedy znikałem na zapleczu na kilkanaście sekund dłużej niż potrzebowałem.
Ostatniego dnia złapał mnie jakiś smutek, jakby dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać, że za kilka godzin wyjdę stąd i już nigdy więcej nie wrócę, nie pójdę przebrać się do szatni, podpisać na liście obecności, nie będę przez 11 godzin darł biletów i wygłupiał z innymi pracownikami. Nie było jednak innej rady: bilety do Szkocji czekały, namiot czekał, inne akcesoria (nieerotyczne) czekały. Tylko praca nie czekała. Powlokłem się do szatni trochę wolniej niż zazwyczaj, przebrałem, następnie zaniosłem podkoszulek i czapkę z daszkiem do biura. Rozważałem przez chwilę czy wyjść pracowniczymi drzwiami, ale pomyślałem, że ten rozdział został właśnie zamknięty. Skorzystałem z drogi dla klientów. Tak zakończyła się moja przygoda z branżą rozrywkową.