Fikcja na polskich drogach
Ostatnio miałem przygodę na drodze. Zagadałem się podczas jazdy samochodem i przejechałem czerwone światło. Nic wielkiego. Dwa pierwsze światła pokazywały zielone, na trzecich jeszcze było czerwone (urok rond z sygnalizacją świetlną). W efekcie dostałem mandat. Po prawdzie: była to jedyna rzecz, za którą legalnie można by mi wlepić mandat. No i stało się.
— Dlaczego przejechał pan na czerwonym świetle? — spytał młody policjant groźnym tonem, kiedy zjechaliśmy na pobliski przystanek autobusowy.
— Wydawało mi się, że mam zielone — odrzekłem, myśląc caly czas o drugich światła. O istnieniu trzecich dowiedziałem się zresztą potem w domu.
— Zielone, proszę pana, to MY mieliśmy — odparł nadal trochę groźnie, a trochę chyba nerwowo policjant.
Następnie wziął moje dokumenty i poszedł do radiowozu, gdzie przez 15 minut wypisywał mandat. Podobno sprawdzają przy okazji delikwenta, czy nie jest poszukiwanym przez Interpol seryjnym mordercą studentek lub kimś o podobnej historii. Nie jestem, ale też przy tej okazji dowiedziałem się, że nie przypisuje mi się żadnych tego typu działań. Oglądałem kiedyś w "Uwadze!" materiał o gościu, któremu przypięto list gończy i za każdym razem lądował na komisariacie, gdzie po kilku godzinach ustalano, że nie jest poszukiwanym człowiekiem. Po interwencji programu skorygowali sobie zapis w bazie (wcześniej panowała spychologia stosowana).
Siedząc w aucie i czekając na powrót naszego dzielnego stróża prawa ujrzałem volkswagena golfa, który przejeżdżał obok. Przyciemniane szyby, taki tam lekki tuning przydający temu małemu autku posmaku luksusowej limuzyny. Kierowca tego małego brata muscle cars nic nie robił sobie z obecności radiowozu. Widocznie wykoncypował, iż policjant przepisuje to, co mu czyta partnerka — jak w popularnym kawale — i nie zainteresuje się jego drobnym wykroczeniem. Jego tok rozumowania okazał się być słuszny. Policjant wrócił, wręczył mi dokumenty oraz mandat, kazał się podpisać na odcinku dla niego i spierdolił do radiowozu. W lusterku ujrzałem, jak zawraca w miejscu, gdzie pewnie wlepiliby za to mandat, dodatkowo przejeżdżając po kawałku ulicy, na który wjeżdżać nie wolno (taki w paski, no wiecie).
Jechałem byłem kiedyś za radiowozem i utrzymywałem prędkość 50 km/h. Nie będzie zdziwieniem, kiedy napiszę, że w dość szybkim czasie dystans pomiędzy mną a nim wzrósł dość znacznie, co więcej tendencja ta utrzymała się, aż nie odjechał na tyle daleko lub skręcił, że całkiem straciłem kontakt wzrokowy. Innym razem zbliżałem się do skrzyżowania łeb w łeb z furgonetką policyjną, gdy ujrzałem, że światło zrobiło się żółte. Zobligowany przez obecność zacnych stróży prawa, cisłem po hamulcu, podczas gdy policjanci wjechali na żółtym, które w tym momencie przemieniło się w czerwone i pojechali dalej. A teraz patrzyłem na tę zawrotkę i zacząłem się zastanawiać nad całym systemem.
Prawda jest bowiem taka, że nie dostałem mandatu za przejechanie na czerwonym świetle. To była tylko podstawa prawna. Zagadawszy się i przejechawszy czerwone światło prawie wjechałem w radiowóz. (Nawiasem mówiąc: znajomi gratulowali mi mandatu, a powinni raczej stylu, w jakim na niego zarobiłem, ponieważ zmusiłem policyjny pojazd do nagłego hamowania). To tłumaczyło podenerwowanie tych młodziaków w ciemnym radiowozie starego typu (opel astra, zdaje się). Plus obstawiam, że wracali na komendę (jest kawałek dalej) i tym spowodowany był minimalny wymiar mandatu. Tak, trzeba mieć szczęście, żeby wpaść prawie na radiowóz i to jeszcze w sytuacji, kiedy (prawie) zawsze jeździ się przepisowo. Jako myśliciel i obserwator nie pogardziłem jednak tą niespodziewaną możliwością ujrzenia polskiego systemu prawnego z rzadkiego punktu widzenia.
Jeżdżę samochodem po mieście codziennie, więc naoglądałem się dość kierowców jeżdżących za szybko (bo kto by jeździł 50 km/h? to właściwie wstyd jest, nie po to fabryka dała setki koni mechanicznych), jeżdżących po cwaniacku, okazujących całkowitą bezradność na rondach itd. itd. — Jak oni się uchowali? — można spytać, ale odpowiedź jest dość prosta. Chodzi o stosunek Polaków do prawa. Rozbiory, a potem bycie satelitą Związku Radzieckiego zaowocowały wielopokoleniową pogardą dla prawa jako czegoś, co nas zniewala i ogranicza. O ile w innych krajach prawo — w tym najbardziej codziennym wymiarze — jest zbiorem regulacji tak naprawdę ułatwiających współżycie w społeczeństwie, tak u nas jest na odwrót. Czytałem kiedyś wywiad z Aleksandrem Kwaśniewskim nt. konstytucji i m.in. tego, czy jest dobra, na co indagowany powiedział:
— Nawet najlepsza konstytucja niewiele da, jeżeli ludzie nie będą jej przestrzegać. I odwrotnie: nawet relatywnie zła konstytucja nie wyrządzi wielkich szkód, jeżeli ludzie wykażą dobrą wolę.
W Polsce się to nie stanie. Koniec. Kropka.
Skuteczne egzekwowanie i funkcjonowanie prawa w państwie będzie nadal tylko fikcją. Łapani, trochę doraźnie, trochę z przypadku ludzie będą dostawać grzywny lub większe kary, ale nie odbije się to na reszcie ludzi. Każdy ukarany będzie czuł się oszukany, bo za jego jednego tylu ludzi jawnie łamiących przepisy jest bezkarna. Znamienne, że za jednych z największych oszustów uważa się polityków czy właścicieli wielkich firm, czyli ludzi, którzy mają większy od tzw. szarego obywatela wpływ na tworzone prawo. Prawo tworzone przez oszustów i złodziei nie może być dobre, prawda? Tak kółko się zamyka. Nie jesteśmy nauczeni szacunku do prawa, a to jest podstawa. Bez tego prawo będzie tylko zbiorem utrudnień dla obywateli, które trzeba obchodzić, i udogodnień dla rządzących czy urzędów (narastająca biurokracja też odgrywa tu pewną rolę).
Jeżeli w ogóle jest w miarę przyzwoicie na polskich drogach, to raczej nie z powodu policji, tylko dlatego, że kierowcy jednak trzymają się pewnych standardów. Nie wszyscy, oczywiście, więc czasem słyszy się o pościgu za pijanym kierowcą bez prawa jazdy, który uciekał pod prąd przed policją, taranując przy tym 4 pojazdy.